
Rammang-Rammang i Leang-Leang: wyprawa do źródeł cywilizacji
Planujesz odwiedzić Leang-Leang i Rammang-Rammang? Analizujemy koszty łodzi, logistykę z Makassar i dostęp do najstarszych malowideł naskalnych w 2026 roku. Sprawdź szczegóły.
Sulawesi to jedna z tych części Indonezji, do których nie jedzie się wyłącznie po piękne plaże. To wyspa niezwykłych kultur, pradawnych jaskiń, megalitów, tajemniczych pochówków i miejsc, do których dotarcie samo w sobie jest przygodą. W tym przewodniku opisuję moją trasę – od Maros i najstarszych malowideł naskalnych, przez Tana Toraja i niezwykłe ceremonie pogrzebowe, aż po Dolinę Bada i jej tajemnicze megality. Dla tych, którzy chcą kontynuować podróż, na końcu znajdzie się również część poświęcona archipelagowi Togean.
1
Po miesiącu spędzonym na Bali przylecieliśmy do Makassar – największego miasta na wyspie Sulawesi. To właśnie stąd rozpoczęliśmy naszą podróż po jednej z najbardziej fascynujących i jednocześnie najmniej znanych części Indonezji. Jeśli planujecie rozpocząć swoją przygodę z Indonezją właśnie od Sulawesi, już na lotnisku warto kupić kartę SIM lub eSIM z pakietem internetu. Kosztuje zaledwie kilka dolarów, a dostęp do sieci bardzo ułatwia podróżowanie. Jeszcze przed przylotem koniecznie zainstalujcie aplikację Grab – azjatycki odpowiednik Ubera. W większych miastach to zdecydowanie najtańszy i najwygodniejszy sposób przemieszczania się. Dzięki niej unikniecie negocjowania cen z taksówkarzami i od razu zobaczycie koszt przejazdu.
My nie chcieliśmy tracić czasu na nocleg w Makassar, dlatego zaraz po wyjściu z lotniska zamówiliśmy samochód przez Grab i ruszyliśmy prosto do miasta Maros, położonego około 20 kilometrów od lotniska. To dobra baza wypadowa do zwiedzania słynnych prehistorycznych jaskiń z malowidłami sprzed około 40 tysięcy lat. Na lotnisku kierowcy będą proponowali przejazd taksówką, jednak warto kierować się do oznaczonego stanowiska Grab znajdującego się tuż przy wyjściu z terminala. Obsługa pomaga znaleźć kierowcę i wszystko przebiega bardzo sprawnie. Za przejazd z lotniska do Maros zapłaciliśmy 300 000 rupii indonezyjskich (około 72 zł).Największą zaletą Maros okazały się jednak ceny. W okolicznych warungach – niewielkich lokalnych restauracjach – można było zjeść bardzo dobry obiad już za około 40 000–80 000 rupii (10–20 zł). To mniej więcej połowa tego, co płaciliśmy na Bali. Również w centrum handlowym ceny ubrań i codziennych produktów były wyraźnie niższe niż w najbardziej turystycznych częściach Indonezji. Spacerując po galerii handlowej szybko zauważyliśmy, że przyciągamy uwagę mieszkańców. Nie były to nieprzyjemne spojrzenia – raczej zwykła ciekawość. Turystów zagranicznych w Maros wciąż pojawia się niewielu.
Oferta noclegowa w Maros nie jest zbyt bogata. Większość turystów zatrzymuje się tutaj tylko na jedną noc przed zwiedzaniem okolicznych atrakcji archeologicznych. My wybraliśmy Grand Town Hotel Maros. Już sam jego wygląd zrobił na mnie ogromne wrażenie – i to niekoniecznie pozytywne. Ogromny kompleks hotelowy połączony z centrum handlowym przypomina bardziej europejski pałac niż hotel w niewielkim indonezyjskim mieście. Monumentalne budynki, przestronne hole, wielkie sale i dwa baseny kontrastowały z… niemal całkowitym brakiem gości. Byłem przekonany, że kompleks powstał kilkadziesiąt lat temu i dziś po prostu popada w zapomnienie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że został wybudowany zaledwie około sześć lat wcześniej przez lokalnego inwestora. Pokój był dość przeciętny, ale klimatyzowany i czysty. Za noc zapłaciliśmy około 500 000 rupii (około 120 zł).
2
Następnego dnia rano zamówiliśmy samochód przez Grab i ruszyliśmy do Leang-Leang Archaeological Park, jednego z najważniejszych stanowisk archeologicznych nie tylko w Indonezji, ale i na świecie. Przejazd kosztował 120 000 rupii (około 29 zł). Kierowca, łamanym angielskim, zapytał, czy ma na nas poczekać. Zaproponował 200 000 rupii (około 48 zł) za kurs w obie strony wraz z oczekiwaniem. To była rozsądna cena, więc bez wahania się zgodziliśmy.
To dobry moment, aby wspomnieć o jednej rzeczy. Poza największymi miastami i typowo turystycznymi regionami znajomość języka angielskiego na Sulawesi jest niewielka. Dla osoby odwiedzającej wcześniej Bali różnica jest ogromna. Można odnieść wrażenie, że to dwa zupełnie różne światy.
Na zwiedzanie całego stanowiska warto przeznaczyć około 1,5 godziny. Bilet kosztował 15 000 rupii (około 4 zł). Po zakupie biletu dołącza do Was pracownik parku. Trudno nazwać go klasycznym przewodnikiem – jego zadaniem jest przede wszystkim otwieranie zabezpieczonych wejść do jaskiń i wskazanie najważniejszych malowideł. W naszym przypadku praktycznie nie mówił po angielsku.
Największą atrakcją są słynne odciski ludzkich dłoni oraz przedstawienia zwierząt charakterystycznych dla Sulawesi. Malowidła znajdują się dość wysoko na ścianie skalnej. Ostrożnie wspiąłem się na skałę, dzięki czemu mogłem obejrzeć je niemal z tej samej perspektywy, z której patrzyli na nie ich twórcy około 40 tysięcy lat temu.
To niezwykłe uczucie. Patrząc na czerwone odciski dłoni trudno uwierzyć, że pozostawili je ludzie żyjący tysiące pokoleń przed nami.
Jeśli zdecydujecie się podejść bliżej, róbcie to bardzo ostrożnie. Pod żadnym pozorem nie dotykajcie malowideł – są bezcennym świadectwem historii ludzkości.
Kompleks krasowych wzgórz Maros–Pangkep obejmuje setki jaskiń, z których wiele kryje prehistoryczne malowidła. Odkrycia dokonane w ostatnich latach pokazały, że część z nich ma około 40 tysięcy lat, co czyni je jednymi z najstarszych znanych dzieł sztuki figuratywnej na świecie.
Kompleks krasowych wzgórz Maros–Pangkep obejmuje setki jaskiń, z których wiele kryje prehistoryczne malowidła. Odkrycia dokonane w ostatnich latach pokazały, że część z nich ma około 40 tysięcy lat, co czyni je jednymi z najstarszych znanych dzieł sztuki figuratywnej na świecie.
Zdecydowanie tak.
Na świecie jest niewiele miejsc, w których można stanąć kilka metrów od autentycznych śladów ludzi żyjących dziesiątki tysięcy lat temu. Tutaj historia nie została zapisana w książkach ani wyryta na kamiennych tablicach. Została dosłownie odciśnięta dłońmi naszych przodków.
Warto wiedzieć
Jeżeli macie więcej czasu, niedaleko znajduje się również Rammang-Rammang, malownicza kraina wapiennych ostańców i kanałów rzecznych. Można tam popłynąć tradycyjną łodzią, odwiedzić niewielką wioskę i zobaczyć imponujące formacje skalne.
My z tej atrakcji zrezygnowaliśmy. Po kilku miesiącach podróżowania po Azji odwiedziliśmy już wiele podobnych krajobrazów i uznaliśmy, że wolimy poświęcić więcej czasu na miejsca archeologiczne, które były głównym celem naszej wyprawy.
Warto wiedzieć
Jeżeli macie więcej czasu, niedaleko znajduje się również Rammang-Rammang, malownicza kraina wapiennych ostańców i kanałów rzecznych. Można tam popłynąć tradycyjną łodzią, odwiedzić niewielką wioskę i zobaczyć imponujące formacje skalne.
My z tej atrakcji zrezygnowaliśmy. Po kilku miesiącach podróżowania po Azji odwiedziliśmy już wiele podobnych krajobrazów i uznaliśmy, że wolimy poświęcić więcej czasu na miejsca archeologiczne, które były głównym celem naszej wyprawy.

Planujesz odwiedzić Leang-Leang i Rammang-Rammang? Analizujemy koszty łodzi, logistykę z Makassar i dostęp do najstarszych malowideł naskalnych w 2026 roku. Sprawdź szczegóły.
3
Następnym kierunkiem było Rantepao, centrum regionu Tana Toraja. Z Maros ruszyliśmy nocnym autobusem sypialnym, który zarezerwowałem przez stronę RedBus
Autobus miał odjechać wieczorem o godzinie 20:10. Opóźnienie wyniosło tylko około pół godziny i po 8,5 godzinach jazdy dotarliśmy do Rantepao. Bilet kosztował 265 000 rupii za osobę (około 63 zł).
Kabiny sypialne nie były zbyt długie, a autobus naprawdę mocno rzucało na boki. Moja partnerka niestety przypłaciła tę podróż wymiotami. Najgorsze było jednak zimno. Klimatyzacji nie sposób było wyłączyć, a cienki kocyk i poduszka, które dostaliśmy, zdecydowanie nie wystarczały. Dlatego jeśli będziecie podróżować tym autobusem, naprawdę polecam ciepło się ubrać – najlepiej mieć przynajmniej bluzę z kapturem.
4
Rantepao to brama do Tana Toraja – regionu zamieszkanego przez lud Toraja, słynącego z charakterystycznych domów tongkonan, których dachy przypominają odwrócone łodzie albo rogi bawołu. Jednak to nie niezwykła architektura przyciągnęła nas tutaj najbardziej. Tana Toraja słynie przede wszystkim z wyjątkowego stosunku mieszkańców do śmierci i niezwykle rozbudowanych ceremonii pogrzebowych.
Właśnie na taką ceremonię musieliśmy zdążyć – pogrzeb kobiety należącej do wyższej klasy społecznej. W Tana Toraja tradycyjnie istnieją podziały społeczne, a najbardziej spektakularne ceremonie dotyczą rodzin o wysokim statusie. Przygotowania do pogrzebu mogą trwać miesiącami, a rodziny często odkładają pieniądze przez lata, a czasem nawet się zadłużają, aby zorganizować uroczystość odpowiadającą pozycji zmarłego. Ważnym elementem ceremonii są bawoły i świnie przeznaczone na ofiarę.
Liczba bawołów składanych w ofierze ma znaczenie zarówno dla prestiżu rodziny, jak i dla tradycyjnych wierzeń dotyczących życia po śmierci. Szczególnie cenione są bawoły o niezwykłym umaszczeniu, a prawdziwym rarytasem są bawoły albinosy, których cena może osiągać równowartość dobrego nowego samochodu.
Z jednej strony trudno nie być pod wrażeniem skali i bogactwa tych ceremonii. Z drugiej, obserwując przygotowania i ogromne koszty związane z pogrzebem, cały czas zastanawiałem się, po co tyle wyrzeczeń, odkładania pieniędzy, a czasem nawet zadłużania się, aby zorganizować tak ogromne wydarzenie. To jednak element tradycji, w której śmierć nie jest po prostu końcem życia, ale ważnym etapem całej społeczności i rodziny.
Takie pogrzeby nie odbywają się codziennie, dlatego przyjazd do Tana Toraja warto dobrze zaplanować. Moim zdaniem zobaczenie ceremonii Rambu Solo’ na żywo jest jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń, jakie można przeżyć w tej części Indonezji.
Spotkałem na Sulawesi podróżników z Francji, którzy spędzili w Tana Toraja cały tydzień, ale nie mieli szczęścia trafić na taką ceremonię. To pokazuje, że samo przyjechanie do Rantepao nie gwarantuje możliwości zobaczenia pogrzebu. Termin ceremonii warto sprawdzić jeszcze przed wyjazdem i, jeśli to możliwe, skontaktować się z lokalnym przewodnikiem.
Jeśli naprawdę zależy Wam na zobaczeniu tradycyjnej ceremonii Rambu Solo’, najlepszym rozwiązaniem jest kontakt z miejscowym przewodnikiem. Kiedy przyjechaliśmy około 5 rano do Rantepao, na przystanku roiło się od kierowców i przewodników próbujących znaleźć klientów. Jednak w przypadku ceremonii rodzin o wysokim statusie nie warto liczyć na przypadek.
Dobry lokalny przewodnik może wiedzieć o planowanej ceremonii jeszcze przed jej rozpoczęciem. Warto więc skontaktować się z nim nawet z miesięcznym wyprzedzeniem i zapytać o nadchodzące uroczystości. Dzięki temu macie znacznie większą szansę trafić na ceremonię, która rzeczywiście będzie interesująca i dostępna dla osób z zewnątrz.
Kontakt WhatsApp do przewodnika ANDRIANO:
Czy później skorzystacie z jego usług, czy nie, to już Wasza decyzja.
A dlaczego o tym piszę? Za chwilę wyjaśnię.
5
Wszystko zaczęło się dobrze. Zdobyłem numer do wspomnianego przewodnika Andriano, który przekazał mi informację o pogrzebie odbywającym się następnego dnia, w sobotę.
Problem polegał na tym, że czasu było bardzo mało. Po całonocnej podróży autobusem trzeba było szybko znaleźć nocleg i przygotować się do wyjazdu.
Po dotarciu około 5 rano zakwaterowaliśmy się w poleconym przez Andriano Hotelu Indra Toraja, oddalonym zaledwie 3–4 minuty od przystanku. Mieliśmy tylko około dwóch godzin na sen, bo trudno powiedzieć, żebym wcześniej dużo spał w autobusie.
Pokój dwuosobowy kosztował 620 000 rupii za dobę (około 150 zł), a za bardzo wczesne zakwaterowanie o 5 rano musiałem dopłacić 150 000 rupii (około 36 zł).
Hotel był średni, ale w naszej sytuacji okazał się chyba najlepszym rozwiązaniem. Tu sprawdzisz aktualne ceny.
W okolicy nie ma dużego wyboru jadłodajni. W końcu znaleźliśmy przyzwoitą restaurację Cafe Aras 2 (Halal), około pięciu minut pieszo od hotelu.
6
Andriano zaproponował całodzienny wyjazd z kierowcą i samochodem za 1 300 000 rupii (270 złotych), bez obiadu.
Trasa obejmowała:
Lemo → Lembang Tummbang Datu/ceremonia pogrzebowa → Baby Grave → Leang Tampang Allo
Wyruszyliśmy około godziny 10. Mieliśmy za sobą zaledwie dwie godziny snu, ale emocje związane z czekającą nas ceremonią skutecznie postawiły nas na nogi. Andriano sprawiał wrażenie pełnego werwy starszego pana, który naprawdę cieszył się na wspólny trip.
Pierwszym przystankiem było Lemo, gdzie oprócz słynnych grobowców wykutych w wapiennym klifie można zobaczyć tradycyjne domy Tongkonan. Stoją tutaj trzy stare, obecnie opuszczone domy: Tombolong, Limbu i Rarre. Według miejscowych mają one około 200–300 lat. Nikt już w nich nie mieszka, dlatego powoli niszczeją.
Każdy z domów ma na fasadzie wyrzeźbioną głowę bawołu oraz wiele innych misternych detali i kolorowych, malowanych elementów. Nie spodziewałem się, że w Tana Toraja zobaczę tak wiele Tongkonan. Ich charakterystyczne dachy, przypominające odwrócone łodzie albo rogi bawołów, robią naprawdę niezwykłe wrażenie.
Następnie dotarliśmy do grobów wykutych w pionowej ścianie wapiennego klifu w Lemo.
To tradycyjne miejsce pochówku, gdzie groby wykuto bezpośrednio w pionowej skale. Tworzą swoistą galerię na klifie, a całe miejsce znane jest również z charakterystycznych drewnianych posągów tau-tau, przedstawiających zmarłych.
Już z odległości około 20 metrów widać wykute w skale nisze i stojące przed nimi rzeźby. Są tu całe rodziny. Posągi przedstawiają konkretne osoby i mogą być ubrane zarówno w tradycyjne, jak i współczesne stroje, często nawiązujące do wyglądu zmarłego.
To naprawdę dziwny widok.
Jeszcze przed klifem można zobaczyć groby osób z niższych warstw społecznych. W pobliżu znajdują się również Lakkian – specjalne, tymczasowe konstrukcje, na których podczas ceremonii Rambu Solo’ umieszczana jest trumna.
Za wejście zapłaciliśmy 50 000 rupii (około 12 zł).
Według informacji, które otrzymałem na miejscu, grobowce w Lemo pochodzą z około XVI wieku. Na klifie znajduje się około 75 otworów grobowych, a pojedynczy grobowiec może mieć około 3 × 5 metrów i służyć jako miejsce pochówku całej rodziny.
Wykucie jednego grobowca w skale to wydatek rzędu– według informacji, które otrzymałem, około 40 milionów rupii (około 9 600 zł) – i może zająć kilka miesięcy ciężkiej pracy.
Co mnie szczególnie zainteresowało, mogłem zobaczyć taką pracę na własne oczy. Trzech mężczyzn pracowało nad kolejnym grobowcem. Zaczęli około trzy miesiące wcześniej i muszę przyznać, że efekt ich pracy robił wrażenie. Wszystko wykonywali tradycyjnymi narzędziami – młotkami i ręcznymi dłutami.
Zawsze dobrze jest zobaczyć coś takiego na własne oczy, szczególnie gdy interesują mnie inne starożytne miejsca wykute w skale na całym świecie.
Po Lemo czekał nas najważniejszy punkt całego dnia – ceremonia pogrzebowa Rambu Solo’. To właśnie po to przyjechaliśmy do Tana Toraja i właśnie tam wydarzyła się największa część tej niezwykłej historii.
6.1
Po zrobieniu zdjęć i ujęć wideo ruszyliśmy do głównego punktu naszej wycieczki – ceremonii pogrzebowej. Do wioski jechaliśmy około 40 minut. Po drodze zatrzymaliśmy się przy małym sklepiku, gdzie w towarzystwie przewodnika musiałem kupić papierosy dla głowy rodziny zmarłej – jak się później okazało, kobiety z wyższej klasy.
Andriano wybrał tańsze papierosy za 200 000 rupii (około 48 zł). Jak powiedział, miejscowi wolą takie, ponieważ droższe, jak Marlboro, spalają się po kilku zaciągnięciach.
Dotarliśmy do miejsca ceremonii. Dookoła dużego dziedzińca górowały tradycyjne domy i spichlerze. Robiło to niesamowite wrażenie. W wyznaczonych miejscach specjalnie wzniesiono zabudowy i tarasy z bambusowymi dachami, które po zakończeniu ceremonii zostaną rozebrane.
Wszędzie byli ludzie. Setki osób. Gwar, rozmowy, mężczyźni prowadzący na sznurach potężne bawoły, zwane lokalnie tedong. Bawoły mają tutaj ogromne znaczenie kulturowe i religijne. Są symbolem statusu społecznego rodziny zmarłej, a liczba zwierząt przeznaczonych na ofiarę wpływa na prestiż całego wydarzenia. Na drodze pojawiały się kolejne ciężarówki z bawołami. W powietrzu czuło się ogromne podniecenie. Ludzie byli zafascynowani.
„Poświęcą aż 75 bawołów!”
Sam nie do końca wiedziałem jeszcze, co za chwilę zobaczę.
Kilku mężczyzn zaczęło wbijać w ziemię solidne drewniane pale. Domyślałem się, do czego będą potrzebne. W całym tym chaosie był jednak wyraźny plan.
Co chwilę gęsiego przechodziła grupa około 20–30 jednakowo ubranych kobiet. Były odpowiedzialne za przygotowywanie i podawanie jedzenia oraz napojów dla licznych gości. Po jednej stronie dziedzińca, pod zadaszonym tarasem, siedziała rodzina zmarłej.
Andriano poprosił nas, abyśmy poszli z nim i wręczyli zakupiony prezent. Czułem się trochę niezręcznie. Byliśmy przecież obcymi ludźmi z dalekiego kraju, którzy nagle wchodzą w sam środek rodzinnego pogrzebu.
Przewodnik wskazał mi mężczyznę – syna zmarłej. Wyjąłem zza pleców zakupione papierosy, już trochę wymietolone i zawinięte w białą reklamówkę. Wręczyłem mu paczkę i złożyłem kondolencje.
Przyjął papierosy z uśmiechem i gestem zaprosił nas, abyśmy usiedli razem z rodziną.
Dalej czuliśmy się z partnerką trochę nieswojo. Ale szybko okazało się, że niepotrzebnie. Rodzina przyjęła nas z ogromnym zainteresowaniem i uśmiechami. Zaraz pojawiła się kawa i taca ze słodyczami.
Kobieta w wieku około 35 lat, wnuczka zmarłej, mówiąca po angielsku, zaczęła zasypywać nas pytaniami: jak się nazywamy, skąd jesteśmy, co robimy.
Zapytałem, czy mogę nagrywać wideo. Oczywiście się zgodziła. Co więcej, osoby siedzące obok zaczęły wręcz pozować do zdjęć. Pytali nawet, czy mam kanał YouTube i czy pokażę ich w filmie.
Wtedy zobaczyłem, że ta rodzina wcale nie jest pogrążona w smutku i rozpaczy. Atmosfera była raczej radosna, pełna spotkań, rozmów i dumy z całej ceremonii.
W pewnym momencie na dziedziniec wprowadzono kolejne bawoły. Jeden z nich był wyjątkowo dorodny. Chwilę później wszyscy zwrócili uwagę na potężnego bawoła albinosa.
Słychać było westchnienia podziwu.
Andriano pochylił się do mnie i szepnął:
„Ten albinos kosztuje jak nowy samochód.”
6.2
Dla Toradżów ceremonia Rambu Solo’ nie jest po prostu smutnym pożegnaniem. To przede wszystkim wielkie wydarzenie rodzinne i społeczne. Rozproszony po Indonezji klan wraca do rodzinnej wioski, a ludzie przyjeżdżają z daleka, często po wielu latach niewidzenia się. Atmosfera rzeczywiście przypominała wielki zjazd rodzinny – dużo rozmów, śmiechu i spotkań.
Jednocześnie ceremonia jest pokazem statusu. Im większe możliwości finansowe rodziny, tym większa skala wydarzenia. I właśnie dlatego liczba bawołów ma tutaj tak duże znaczenie.
6.3
Po chwili na dziedziniec weszła kolejna grupa – tym razem około 20–30 kobiet. Szły gęsiego, śpiewając i wykonując powtarzalne, symboliczne gesty. Był to chór Ma’badong, którego pieśni związane są z historią i pożegnaniem zmarłej.
Nie trwało to jednak długo, bo wkrótce całą uwagę zgromadzonych przyciągnęli mężczyźni.
Wnieśli owalną trumnę osadzoną na solidnej, ciężkiej drewnianej konstrukcji – Lakkianie. Wsunęli po obu stronach grube bambusy i zaczęło się.
Myślałem, że cała konstrukcja zaraz się rozpadnie.
Krzyczeli w uniesieniu, szarpali ją do góry i na boki. Co chwilę Lakkian upadał na ziemię, a oni ponownie go podnosili, wykrzykując z jeszcze większym impetem. Wyglądało to niemal jak całkowicie niekontrolowane widowisko.
W rzeczywistości ten pozorny chaos ma znaczenie rytualne i jest związany między innymi z odpędzaniem złych duchów oraz pokazaniem siły i męstwa rodziny.
Co chwilę któryś z mężczyzn sięgał po plastikową butelkę, nabierał wodę do ust i wypluwał ją na innych albo polewał nią uczestników. Był to kolejny element rytuału, związany z oczyszczeniem, ale w tropikalnym upale woda miała też bardzo praktyczne zastosowanie.
6.4
Gdy emocje nieco opadły, trumnę zdjęto z Lakkiana i wniesiono do tradycyjnego domu Tongkonan.
I tutaj ponownie zaskoczył mnie sposób, w jaki to robiono – z szarpaniem, krzykami i ogromnymi emocjami.
Dopiero później dowiedziałem się, jak niezwykły jest stosunek Toradżów do śmierci. W ich tradycji zmarły może przez długi czas pozostawać w domu rodzinnym, a rodzina traktuje go jak osobę „chorą” – to makula. Ciało jest przechowywane w domu i otaczane opieką, a bliscy mogą nadal przynosić mu jedzenie i napoje, rozmawiać z nim, a nawet mieszkać z nim pod jednym dachem.
Okres ten może trwać miesiące, a w niektórych przypadkach nawet lata. Dopiero rozbudowana ceremonia Rambu Solo’prowadzi do ostatecznego pożegnania i pochówku.
6.5
Po wszystkim na dziedziniec wprowadzono dorodnego bawoła i przywiązano go do pala.
Przy zwierzęciu został mężczyzna. Zauważyłem, że za pasem miał duży nóż rzeźniczy, do którego kilkukrotnie sięgał, czekając na odpowiedni moment. Stał za plecami zwierzęcia, aby go nie niepokoić.
Po chwili błyskawicznym ruchem podciął mu gardło. Bawół po kilku chwilach runął na ziemię.
Do mężczyzny szybko dołączyło kilku doświadczonych rzeźników. W kilkanaście minut zwierzę zostało rozebrane na części.
I tak miało to trwać dalej – kolejne bawoły, kolejne ofiary i kolejne dni ceremonii.
Największą atrakcją dla wielu uczestników miały być jednak zaplanowane na godzinę 17 walki bawołów.
6.6
Przed nami było jeszcze jedno niezwykłe miejsce – Baby Grave / Kuburan Bayi w okolicy Lembang Turunan.
Udaliśmy się w gęsto porośniętą dżunglę w okolicy wioski Kambira. Obok olbrzymich bambusów rosły drzewa chlebowe. Na ich pniach można zobaczyć małe, pionowe „drzwiczki” z włókna palmowego. Każde z nich oznacza miejsce pochówku dziecka.
Są to słynne groby niemowląt związane z tradycją Passiliran.
Według informacji, które otrzymałem, takie pochówki były praktykowane dawniej. Mój przewodnik wskazał mi jednak drzewo, w którym – według jego słów – pochowano dziecko zaledwie kilka lat wcześniej.
Według tradycji dziecko mogło zostać pochowane w pniu drzewa, jeśli nie miało jeszcze zębów. Pochówek miał umożliwić mu symboliczny powrót do natury – z czasem drzewo miało pochłonąć ciało dziecka, łącząc je z żywą przyrodą.
Miejsce jest traktowane jako cmentarzysko i miejsce święte.
Patrzy się na nie z dziwnym uczuciem i zadumą.
6.7
Kolejnym miejscem była Leang Tampang Allo, jaskinia związana z tradycyjnymi drewnianymi trumnami, zwanymi erong.
Niektóre z nich mają mieć nawet kilkaset lat. Wiele z czasem uległo zniszczeniu, a część spadła na dno jaskini. Można tam zobaczyć porozrzucane ludzkie kości i czaszki oraz fragmenty starych trumien.
Prawdę mówiąc, widziałem już tak wiele zniszczonych starożytnych cmentarzy i ludzkich szczątków w różnych częściach świata, że nie zrobiło to na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Sama jaskinia ma jednak niezwykły, surowy charakter.
Przewodnik Andriano – moja uwaga
Tak zakończyła się nasza całodzienna wyprawa z przewodnikiem Andriano. Mnóstwo głębokich doznań i doświadczeń – naprawdę niezapomnianych. I wszystko byłoby fajnie. Nawet myślałem o napiwku dla przewodnika.
Gdyby nie fakt, że Andriano – moim zdaniem – naciągnął mnie na dodatkowe pieniądze.
Za wejście na teren klifu w Lemo faktycznie zapłaciliśmy 50 000 rupii ( około 12 złotych) i to jest zrozumiałe. Natomiast w przypadku Baby Grave i jaskini Leang Tampang Allo Andriano również pobrał ode mnie po 50 000 rupii od osoby, czyli łącznie 100 000 rupii (około 24 złotych).
Problem polegał na tym, że nie widziałem tam żadnych biletów ani osoby, która pobierałaby opłatę. Dokładnie obserwowałem naszego przewodnika. Kiedy brał pieniądze, zaczął się zachowywać niepewnie. Przy jaskini wyraźnie widziałem, jak miętolił banknoty w ręku, a następnie podszedł do jakiegoś sklepiku. Nie wiedziałem, komu właściwie przekazuje pieniądze.
To całkowicie zmieniło moje nastawienie do niego.
Dlatego jego kontakt pozostawiam w przewodniku przede wszystkim dlatego, że może być przydatny do zdobycia informacji o nadchodzących ceremoniach pogrzebowych. Nie oznacza to jednak, że musicie korzystać z jego usług.
Jeżeli zdecydujecie się na wycieczkę, radzę wcześniej dokładnie ustalić cenę całego wyjazdu oraz wszystkie dodatkowe koszty i opłaty za wejścia.
7
Po Tana Toraja czekał nas kolejny etap wyprawy – podróż do Tentena.
Autobus miał kosztować zaledwie 150 000 rupii (około 32 złotych), ale przejazd, który według planu miał trwać około 12 godzin, zakończył się po… 21 godzinach. Jeśli chcecie kupić bilet, wystarczy zapytać personel w hotelu, oni z chęcią wskażą drogę do punktu przewoźnika -takiego jak Rappan Marannu, Batutumonga albo Borlindo.
Autobus był zapchany do granic możliwości. Mało miejsca na nogi, dzieci, ogromna ilość paczek wciskanych w każdy zakamarek wnętrza, a nawet przewożonych na dachu.
Po kilkunastu godzinach naprawdę miałem już dosyć. Najgorszy okazał się korek kilkadziesiąt kilometrów przed Tentena. Samochody przed nami stały przez minuty, potem dziesiątki minut, a w końcu godziny.
Kierowca próbował znaleźć objazd i zaczął lawirować po ciasnej, piaszczystej drodze z koleinami, pomiędzy ogromnym sprzętem budowlanym, koparkami, ciężarówkami i samochodami próbującymi przecisnąć się w każdą możliwą stronę. Momentami było naprawdę niebezpiecznie.
Ten odcinek związany z budową drogi przejeżdżaliśmy przez kilka godzin. Do Tentena dotarliśmy około 4:30 rano.
8
Po przyjeździe właściciel zarezerwowanego wcześniej hotelu czekał na nas z samochodem. Razem z kilkoma innymi turystami zabrał nas do hotelu, około 20 minut drogi.
Hotel znajdował się trochę na odludziu, ale około 300 metrów dalej była restauracja z całkiem dobrym i bardzo tanim jedzeniem.
Po odpoczynku trzeba było załatwić najważniejszą rzecz – przewodnika z samochodem.
Miałem numer polecanego przewodnika Peterusa Sinawana, ale odpisał mi, że jest zajęty i polecił kolegę – Simona Ssonggo.
Simon przyjechał do mnie na skuterze. Pokazałem mu zdjęcia megalitów, które najbardziej chciałem zobaczyć. Jednym z nich była tajemnicza kalamba z wyrzeźbioną postacią przypominającą szaraka albo kosmitę.
Umówiliśmy się na następny dzień na wyjazd do Doliny Bada. Cena wynosiła 4 000 000 rupii (około 835 złotych), z jednym noclegiem, bez posiłków, oraz z transportem do Ampany.
Wszystko wyglądało dobrze.
Jednak około godziny 21 dostałem od niego wiadomość, że szarak i duże kalamby znajdują się w Dolinie Besoa, a nie w Bada.
Bardzo mnie to wkurzyło.
Wcześniej zapewniał mnie przecież, że będę mógł je zobaczyć. Stwierdził, że po prostu pomyliły mu się miejsca.
Wtedy pomyślałem:
Co to za przewodnik?
Nie chciałem już korzystać z jego usług.
Simon przyjechał do hotelu i oddał mi całą wpłaconą wcześniej zaliczkę – 2 000 000 rupii, czyli połowę ustalonej ceny za całą wyprawę.
Zostałem jednak o 21:00 bez przewodnika i bez planu na rano.
Nie zamierzałem tracić czasu. Wróciłem do restauracji i zacząłem pytać, czy ktoś zna przewodnika, który rzeczywiście zna megalityczne doliny.
9
Wiedziałem, że w tej części Sulawesi znajdują się trzy ważne doliny związane z megalitami:
Bada jest najbardziej znana i to właśnie tutaj znajduje się słynny posąg Palindo.
Besoa interesowała mnie szczególnie ze względu na duże skupiska kalamb oraz tajemniczą figurę przypominającą szaraka.
Pierwszy nowy przewodnik, którego udało mi się znaleźć – Daniel – nie chciał za bardzo rozmawiać o Besoa. Twierdził, że droga jest tragiczna i przejazd w jedną stronę zajmuje aż 12 godzin.
To mnie trochę załamało. Żeby zobaczyć ważne megality w Bada, trzeba było i tak jechać około czterech godzin w jedną stronę. Gdyby do tego dochodziła jeszcze Besoa, cała wyprawa zaczynała wyglądać jak logistyczna utopia.
Daniel zaproponował mi wyjazd tylko do Bada – najlepiej bez noclegu. Całość miała kosztować około 1 700 000 rupii.
Taki wariant nie miał jednak dla mnie większego sensu. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, cztery godziny powrotu i błyskawiczne zwiedzanie megalitów nie było tym, czego szukałem.
Na szczęście odezwał się do mnie kolejny przewodnik – Deddy Todongi.
Deddy Todongi – człowiek, który od 30 lat zajmuje się megalitami
Deddy powiedział mi, że od około 30 lat zajmuje się megalitami tego regionu i napisał nawet książkę na ich temat. Niestety nie ma jeszcze jej angielskiej wersji.
Okazało się, że wyjazd do Besoa jest możliwy, a droga nie jest aż tak tragiczna, jak wcześniej słyszałem. Deddy oceniał czas przejazdu na około osiem godzin, a nie dwanaście.
Za wyprawę do Besoa podał cenę 7 500 000 rupii (1560 złotych).
Ostatecznie zaczęliśmy jednak ustalać trasę do Bada. Zaproponował mi 5 000 000 rupii (1400 złotych) za wyjazd z jednym noclegiem w wiejskim homestayu, posiłkami oraz późniejszym transportem do Ampany.
Na tę opcję się zgodziłem.
Kontakt WhatsApp DO DEDDY TODONGI:
10
Duża frajda to samo dojście do megalitów. Do niektórych trzeba przejść przez pola ryżowe, las i dżunglę, a inne znajdują się w pobliżu domów, na gospodarstwach, wśród ogrodów kakaowca.
Daje to niesamowity efekt: zwykłe gospodarstwo, a kilkanaście metrów od zabudowań stoi starożytny, granitowy dzban, częściowo wrośnięty w ziemię.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się czegoś spektakularnego. Przecież widziałem już tak wiele starożytnych, megalitycznych miejsc, że kolejne granitowe dzbany i rzeźby nie powinny zrobić na mnie wielkiego wrażenia.
A jednak…
Kiedy poczułem ten klimat i zacząłem docierać do kolejnych megalitów, porozrzucanych w różnych, czasami zupełnie zaskakujących miejscach, pojawiło się w tym coś magicznego. Zwłaszcza kiedy zdajesz sobie sprawę, że stoją tutaj od tysięcy lat.
To trochę jak połączenie muzeum pod gołym niebem z zabawą w podchody:
„Znajdź starożytną kalambę”.
Do tego dochodzi tajemnica – ich przeznaczenie, pytanie o to, kto je stworzył i w jaki sposób, skoro nie znano wtedy metalowych narzędzi. A konstelacje gwiezdne wyryte w kamieniu to kolejna zagadka, która nie daje mi spokoju.
Zobaczyliśmy też największy posąg, mierzący około 4,5 metra wysokości.
Akurat przy nim było wielu ludzi, a ja sam stałem się na chwilę atrakcją – kilka osób prosiło mnie o wspólne zdjęcie przy tej charakterystycznej, pochylonej rzeźbie.
Na sam koniec mój przewodnik Deddy, który tym razem spisał się świetnie i z którego byłem naprawdę zadowolony, zostawił mi jeszcze jedną niespodziankę.
Pokazał mi posąg postaci kobiecej, której dłonie mają po trzy palce.
To od razu zwróciło moją uwagę.
Trzy palce to dla mnie kolejna zagadka. Nie znam odpowiedzi, dlaczego rzeźbiarz przedstawił tę postać właśnie w taki sposób. Wcześniej widziałem starożytne wyobrażenia trójpalczastych postaci w Meksyku i Peru, dlatego od razu skojarzyłem te miejsca.
Interesowałem się również kontrowersjami dotyczącymi tak zwanych trójpalczastych mumii z Nasca. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie te przypadki mają ze sobą jakikolwiek związek.
Właśnie dlatego traktuję tę figurę przede wszystkim jako kolejną zagadkę, a nie dowód na konkretną teorię.
Takich megalitycznych artefaktów jest tutaj około 400, rozsianych po trzech dolinach.
A zapewne jest ich znacznie więcej, ukrytych pod ziemią i roślinnością. Miejscowi co jakiś czas przypadkowo natrafiają na kolejne.
I to również fascynuje mnie najbardziej.
Myśl o tym, co jeszcze może znajdować się w tych trudno dostępnych dolinach. Ile kamiennych dzbanów, rzeźb i innych śladów dawnej kultury wciąż czeka na odkrycie i dokładne naukowe zbadanie?
Dolina Bada pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi.
Więcej o megalitach Doliny Bada i Besoa opiszę w osobnym artykule.

Odkryj tajemnice inżynierii w megalitach Doliny Bada i Besoa, gdzie granitowe posągi i kadzie kalamba rzucają wyzwanie nauce. Poznaj dowody na dawną technologię.